Zaczął się lipiec- od zawsze mój ukochany miesiąc. Kojarzący mi się z beztroską, zabawą i wolnością. Zawsze z dziadkami jeździłam na małą, zapomnianą wioskę do rodziny, gdzie jako miastowa dziewczynka mogłam się wyszaleć- konie, krowy, świnie, pomoc w żniwach, całe dnie spędzane na dworze... Szczęśliwe dzieciństwo. Lipiec to też miesiąc moich urodzin, które zawsze jakoś mnie zaskakują, bo jakoś tak za szybko po sobie przychodzą ;) Lipiec to też grille ze znajomymi, imprezy do wczesnych godzin porannych, jagody ze śmietaną, zabawy z młodszą siostrą...
Ciężko mi się przestawić na tutejszy lipiec, będący środkiem zimy! Na deszcze, wiatry i niskie temperatury. Na brak znajomych, rodziny i nawet głupich jagód- bo tu tutaj tylko paskudne borówki amerykańskie... Jakoś tęskno mi się zrobiło, ale staram się nie poddawać czrnemu humorowi i na rozweselenie zrobiłam sobie bransoletkę. Prosta a całkiem efektowna- takie lubię!