sobota, 26 września 2015

Zimowy zygzag

Jakoś pod koniec maja stwierdziłam, że na zimę trzeba by uszyć coś ciepłego. Zakochałam się w tym przepięknym merino w drobny wzorek, ale cena powaliła mnie na kolana. Z ciężkim sercem odłożyłam belę na półkę i starałam się o niej zapomnieć. Kilka tygodni później zupełnym przypadkiem w internecie trafiłam na to same merino w trochę bardziej przystępnej cenie. Kilka kliknięć myszką i dzień później trafiła do mnie paczka z tym cudem. Merino jednak musiało odczekać swoje - bałam się je pociąć ;) 


W końcu na początku sierpnia, po szczególnie dotkliwych chłodach przyszedł czas na powiększenie mojej garderoby o ciepły top. Wybrałam model New Look 6150 - wcześniej uszyłam model bez rękawów i z kopertowym przodem, tym razem zwykłą bluzkę z długim rękawem (musiałam przedłużyć rękawów). Rozmiar 16 wydawał mi się odpowiednim aż do momentu kiedy przymierzyłam gotową bluzkę... była ogromniasta! Wisiała na mnie i wygladała okropnie. Przy okazji rozciągnęłam też dekolt przy wszywaniu pliski.


Rozpoczęłam mozolne prucie szwów. Nie było to łatwe bo nitka dobrana została perfekcyjnie, ale się udało. Zwęziłam bluzkę po bokach, poprawiłam szwy ramienia, zwęziłam rękawy i wykończyłam dekolt od nowa, tym razem wcześniej stabilizując brzeg i przyszywając część pliski ręcznie. Teraz wygląda to o wiele lepiej. Niestety dolny brzeg wyciągnął się przy jego wykończaniu i od miesiąca mam w planach skrócić bluzkę o 5 cm tym samym poprawiając ten brzeg... Może kiedyś mi się uda to zrobić ;)


Mimo niedociągnięć bluzka ta noszona jest przeze mnie bardzo często. Jest ciepła i mięciutka i bardzo fajnie się nosi. Zdjęcia jak widać zostały zrobione w Wellingtońskim Zoo. Skorzystałam z okazji żeby zmienic scenerię bo zazwyczaj na blogu widzicie moje podwórko ;) 

Perspektywa... Niestety w rzeczywistości mam tylko 160 cm :)
Wykończenie dekoltu
I kilka zdjęć z Zoo. Mam słabość do ogrodów zoologicznych, pewnie pozostałość z czasów licealnych kiedy z kumpelą chodziłyśmy na wagary do wrocławskiego zoo. Było po drodze do szkoły więc czasami zdarzała nam się wysiąść kilka przystanków wcześniej ;) Szczególnie fajnie było tam w styczniu czy w lutym kiedy byłyśmy jedynymi osobami w całym zoo. Te wellingtonskie jest malutkie ale ma bardzo fajny wyluzowany charakter. No i można tu odwiedzić ptaszki kiwi :)









piątek, 11 września 2015

Projekt bardzo specjalny

Bardzo specjalny bo uszyty na specjalną okazję i dla bardzo ważnej dla mnie osoby! Olę poznałam kiedy byłyśmy na studiach - uczyłyśmy się na tym samym wydziale, ale spotkałyśmy się w pracy. Były wspólne imprezy i wspólne podróżowanie... Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam i z Olą, i z jej chłopakiem. Teraz dzielą nas wody Pacyfiku, ale mimo to utrzymujemy regularny kontakt.


W czerwcu Ola wyszła za mąż. Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się zorganizować wycieczki do Polski. Dlatego postanowiłam, że prezent ślubny będzie wyjątkowy. Chciałam zrobić coś własnoręcznie i dla nich obojga. Szybko przyszedł mi na myśl quilt. W poszukiwaniu wzoru - miało być kolorowo i nowocześnie - trafiłam na magazyn Patchwork & Quilting (Vol 24 No 4) Znalazłam tam quilt o nazwie Meadow Tracks zaprojektowany przez Emmę Jean Jensen - polecam zajrzeć na jej konto na Instagramie po quiltowe inspiracje! Quilt spodobał mi się ze względu na prostotę i nowoczesność. A skoro nigdy wcześniej nie szyłam nic na taką skalę, prostota miała dość duże znaczenie ;)

No i zaczęło się... Najpierw wyprawa po materiały, potem ich mierzenie i cięcie - 260 kwadratów! Potem dwa szwy na każdą parę i cięcie przez środek żeby mieć dwukolorowy kwadrat. Prasowanie, przycinanie, zszywanie i ponowne prasowanie. Przycinanie, zszywanie i prasowanie... Nie wszystko wyszło idealnie równo, ale nie sądzę, żeby Ola miała mi tego za złe ;)


Samo szycie szło w miarę bezproblemowo i przyjemnie - bardzo szybko widać efekty w zszywaniu tych kwadratów razem. Chwilę zajęło mi zdecydowanie się na kolejność poszczególnych kolorów ale jak już się zdecydowałam to samo szycie poszło sprawnie. Na spodnią część wybrałam miłą w dotyku flanelę, a wypełnienie to miękka i cieplutka wełna.


Przeszylam ten quilt po szwach, a robiąc to dorobiłam się zakwasów w ramionach! Już wiem po co quilterom rękawiczki ;) Do tego doszła lamówka, która zostałam po jednej stronie przyszyta maszynowo a po stronie kolorowej już niestety ręcznie - zajęło mi to praktycznie cały dzień. Za szyciem ręcznym ja akurat nie przepadam, ale zależało mi na ładnym wykończeniu. Po skończeniu miałam oczywiście zrobić piękne zdjęcia - najlepiej na zewnątrz, może na plaży lub chociażby na podwórku za domem... Niestety pogoda spłatała mi psikusa i lało u nas nieustannie przez kilka dni a quilt musiał byc wysłany więc zdjęcia nie dość że w środku to jeszcze w kiepskim świetle...











A to już zdjęcie od Oli i quilt na łóżku docelowym. Wiem, że prezent się spodobał i mam nadzieję, że będzie miło grzał w zimowe noce! I tak sobie myślę, że mi też by się przydał taki quilt na moje moje łóżko ;)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Koszula na weekend

Taka tam koszula w kratę. Wykrój ten sam co zawsze - Granville firmy Sewaholic. Żadnych zmian w stosunku do poprzedniej bo wykroiłam je tego samego dnia. Tkanina to bawełna w nieregularną kratę, która była cholernie ciężka w dopasowaniu wzoru, tym bardziej, że miałam jej tylko 2 metry. Udalo mi się to z przodami, tył i rękawy są w miarę symetryczne, ale już kołnierzyk i stójkę wycinałam tak jak tylko się dało. Po raz pierwszy użyłam perłowych zatrzasków i jestem zachwycona. Pewnie wykorzystam je jeszcze nie raz w innych projektach. Pomału kończę mój romans z Granville. Będzie jeszcze jedna koszula z tego wykroju bo mam już wykrojone elementy, potem zabiorę się za szukanie jakiegoś innego modelu. W tym pomimo dopasowywania wykroju wciąż coś jest nie tak z ramionami. Mam też wrażenie że koszula jest za duża, mimo że rozmiar mniejsza byłaby za mała... Najlepiej jakby następny wykrój miał szwy pionowe lub zaszewkami. Chociaz moja lista rzeczy do uszycia się powiększa w zastraszającym tempie! Na szczęście idzie lato i letnie sukienki czy bluzki zazwyczaj nie są bardzo skomplikowane ;)

Jeszcze tak patrząc na zdjęcia stwierdzam, że "sesja zdjęciowa" w pełnym słońcu to nie jest dobry pomysł. Mało na tych zdjęciach widać niestety.







środa, 22 lipca 2015

Wiosna - przynajmniej w mojej szafie

Ta tkanina zdecydowanie przywodzi na myśl wiosnę! Dni pełne słońca i kolorowych kwiatów... Pocieszam się tym ze jeszcze tylko kilka miesięcy i wiosna do nas zawita. A w międzyczasie uszyłam sobie wiosenną kurteczkę.


Sophie - bo tak się nazywa ten wykrój to najnowsze "dziecko" wellingtońskiej firmy Muse Patterns. Do wyboru mamy trzy różne wykończenia dekoltu, dwa rodzaje kieszeni i dwa zapięcia. Dzięki temu mamy całkiem sporo opcji i wykrój możemy wykorzystać wielokrotnie.

Ja zdecydowałam się na dekolt w szpic, zamek i naszywane kieszenie. Ponieważ wykrój jest projektowany dla kobitek wysokich, ja ze swoimi 160 centymetrami musiałam dokonać kilku zmian. Z długości odjęłam ok 5 cm celowo. Przez głupi błąd skróciłam kurteczkę o kolejne kilka wiec jest krótsza niż planowana. Zamiast porządnie zmierzyć długość moich ramion i rękawów zrobiłam to metoda "na oko" A jak wiadomo - na oko to chłop w szpitalu umarł i moje rękawy są takie trochę przykrótkie.


Rozmiarowo najbliżej było mi do rozmiaru 42 ale zamiast obwodem biustu w najszerszym miejscu postanowiłam się kierować obwodem mierzonym tuz pod pachami i dodaniem do wykroju różnicy w centymetrach. Dało mi to rozmiar 38 przy czym musiałam dodać 5 cm z każdej strony żeby mieć miejsce na biust. Prawidłowo dokonany manewr skutkuje dodaniem zakładki oraz kilku centymetrów na szerokości i długości... Pisze prawidłowo bo mnie zawiodło  moje myślenie przestrzenne - nie chciałam dodawać nic do długości mając na uwadze ze jest to wykrój dla osób wysokich. Zapomniałam jednak o tym ze dodając zakładkę cały przód jednak mi się skróci. Tym samym musiałam tył dopasować do przodu wiec całość jest krótsza niż planowana.


Kurteczka była prosta w uszyciu. Zdecydowanym plusem Sophii są bardzo przejrzyste i ilustrowane instrukcje. Materiał to wyprzedażowa zdobycz o tajemniczym składzie. Wydaje mi się, że jest to mieszanka bawełny i czegoś sztucznego, trochę się rozciąga ale jest w miarę stabilna. Żałuje że nie kupiłam więcej bo szyło się to fajnie, no i te kwiaty! Swoją drogą to ta tkanina tak sobie przeleżała rok w szafie bo miałam na nią milion pomysłów ale nie mogłam się zdecydować na jeden ;) Też tak macie?



A tu głupie selfie, ale pokazuje że Sophie fajnie wygląda też rozpięta.

piątek, 17 lipca 2015

Kardigan na zimniejsze dni

Zima w Nowej Zelandii zaczyna się z początkiem czerwca i tak sobie trwa do września. I niby nie jest aż tak zimno bo zazwyczaj temperatury zimą to 10-15 stopni ale w tym roku jesteśmy niestety pod wpływem wiru polarnego. Temperatury spadły do 0-10 C co oczywiście wciąż nie jest porównywalne do naszych polskich zim. Ale budynki tutaj buduje się inaczej i bardziej przypominają one nasze altanki działkowe - cienkie ściany bez ocieplenia, pojedyncze szyby w oknach i brak centralnego. Sprawia to ze w środku jest zazwyczaj tylko kilka stopni więcej niż na zewnątrz. Rekord w tym zakresie pobiła moja koleżanka z pracy bo zanotowała ostatnio 2 stopnie w  pokoju gościnnym!

Aby się przygotować do zimy w biurze gdzieś w okolicach maja postanowiłam uszyć sobie kardigany z wełny merino. Wprawdzie owce tej rasy pochodzą z Hiszpanii ale to właśnie w NZ i w Australii hoduje się ich najwięcej. Tutaj w zasadzie są podstawą zimowego ubioru. Udało mi się dopaść przepiękny kawałek wełny w bordowo-różowe wzory, ale pomyślałam sobie ze najpierw przetestuje wybrany wykrój na tańszej mieszance merino z nylonem. Była to bardzo dobra decyzja ;)
Kardigan powstał z wykroju firmy McCalls M6844. Oznaczony on jest jako łatwy i ma cztery różne wariacje - ja wybrałam ten krótszy z baskinką. Zgodnie z tabelka wykroiłam rozmiar L. Nic w wykroju nie zmieniałam. Następnym razem na pewno uszyje mniejszy rozmiar i dokonam modyfikacji na pełny biust. Będę musiała tez skrócić rękawy i szew ramienia. 
Materiał okazał się mało chętny do współpracy - rozprasowanie szwów okazało się niemożliwe - nawet porządne potraktowanie para wodna tutaj się nie sprawdziło. Szwy wyglądają wiec bardzo niechlujnie. Podłożenie dołu tez pozostawia wiele do życzenia. Ponadto tkanina ma skłonności do zaciągania wiec zadowolona z mojego kardiganu nie jestem :/ Nawet sfotografować porządnie się nie chciał!
Ale wykrój ten ma jednak bardzo duży potencjał i na pewno powstanie z niego niejeden uszytek. Marzy mi się kilka takich sweterków w różnych jednolitych kolorach. A mój kawałek bordowego merino zostawię sobie na jakąś bluzkę ;) 




poniedziałek, 6 lipca 2015

Nie mogę się oprzeć...

Miało nie być letnich sukienek zimą, ale nie mogłam się oprzeć. Mam kupkę materiałów przygotowanych do szycia, ale ciężko mi się było za nie zabrać. Przejrzałam więc swoje pudło z tkaninami. W łapki wpadła mi bawełniana satyna w przepiękny kwiatowy wzór, która była też jednym z pierwszych materiałów jakie kupiłam jak zaczęłam szyć. Sparowałam ja z wykrojem marki Simplicity (ich wykroje w Pl można znaleźć w Annie - moda na szycie). Wykrój numer 1880 widziałam na wielu blogach zagranicznych i zawsze czytałam o nim same pochwały. Model ten wydaje się wyglądać dobrze na kobitkach o różnych rozmiarach i kształtach wiec jak tylko miałam okazję go zdobyć po trochę niższej cenie nie wahałam się ani chwili. Stwierdzam też że było warto ;)
Sukienka ta ma dwie różne opcje - szmizjerka lub sukienka kopertowa (obie wersje maja zamki w boku) i do tego trzy różne rękawy. Jest w czym wybierać. Ja zdecydowałam się na dekolt kopertowy i miałam nie mały problem z rękawami. Ale poradziłam się instagramowiczów dzięki którym sukienka ma teraz krótkie czarne rękawki. W tabelce rozmiarów znalazłam rozmiar pod moje wymiary i wybrałam o jeden mniejszy ;) To mój standard w wykrojach New Looka i Simplicity bo projektowane są one z większym luzem niż ja lubię. Gdzieś tam w głowie kotłowała mi się myśl żeby może wybrać jeszcze mniejszy rozmiar i dodać miejsce na biust ale lenistwo wygrało z rozsądkiem. W konsekwencji musiałam dodać zaszewki bo sukienka bardzo odstawała przy pachach. Moja wina! Następnym razem nie będę szła na skróty.
Sukienka jest dość prosta w uszyciu, chociaż same jej stworzenie zajęło mi aż cztery weekendy. To akurat bardziej kwestia moich ograniczeń czasowych. Jednej niedzieli uszyłam cala sukienkę - zostały mi tylko rękawy i podwiniecie dolnego brzegu. W następny weekend mieliśmy urodzinowa imprezę chłopaka i udało mi się znaleźć tylko 30 min na szycie - bardzo szybko okazało się ze mam trochę za mało doświadczenia z moja stopką do brzegu rolowanego. Skończyło się na tym ze szyłam 3 minuty a 27 prułam szew ;)
W następny weekend miałam warsztat z szycia i po powrocie do domu nie mogłam się nawet patrzeć na maszynę ;) Jedynie wieczorem usiadłam żeby "na szybko"wszyć rękawy i podłożyć dol. Wszystko szlo mi bardzo dobrze aż do momentu w którym musiałam wszyć drugi rękawek... Marszczył się niesamowicie! Zastosowałam każdy mi znany trik i kilka których wcześniej nie znałam,  ale nic pomagało. Poszłam wiec spać ;) Wczoraj rękawek wszył się bez problemu i jeszcze udało mi się uszyć pasek. Nawet zdjęcia zrobiłam od razu pomimo ze temperatura zdecydowanie nie jest odpowiednia do gołych nóg!

Sukienkę bardzo lubię i nie mogę doczekać się wiosny! No chyba ze uszyje sobie cieplutkie sweterki to będę ja mogła nosić nawet w zimie. Sukienka ma jeszcze mała niespodziankę - zdecydowałam się dodać metkę. Kiedyś kupiłam wstążkę z cytatem Oskara Wilde "Mogę oprzeć się wszystkiemu tylko nie pokusie" i wreszcie udało mi się gdzieś ja wykorzystać :)

Pages - Menu